piątek, 20 stycznia 2017

I feel like a superhero

Hei 

Przechodząc jakiś czas temu przez jedną z poznańskich ulic zostałam świadkiem pewnej sytuacji, która wywołała we mnie uczucie współczucia będącego jednocześnie czymś w rodzaju niesamowitej chęci niesienia pozytywnej energii, która być może dla drugiej osoby będzie jedyną rzeczą wywołującą uśmiech na jej twarzy.
Od niedawna w samym centrum miasta widywałam człowieka doświadczonego przez los. Był to mężczyzna bezdomny, który wraz ze swoim psim towarzyszem spędzał na ulicach całe dnie, a mrozy ewidentnie nie stanowiły dla niego żadnej przeszkody. Nie wspominając już o tym, iż dobro psa przewyższał nad swoje potrzeby, co do tej pory budzi we mnie uczucie podziwu dla owego człowieka. Społeczność mijała go, rzucając wyłącznie przelotne spojrzenia. Prawdopodobnie ci wszyscy ludzie byli błędnie przekonani, iż bezdomny oczekiwał od nich jakichkolwiek datków na produkty spożywcze bądź alkohol. 
Któregoś dnia zaobserwowałam sytuację, w której kobieta, na moje oko młodziutka studentka, zagadnęła go, klękając przy nim i jego kundelku. Zaczęli najnormalniej w świecie rozmawiać, śmiać się. Ewidentnie młoda kobieta była jedną z niewielu osób w ostatnim czasie, która do jego życia wniosła cień normalności. Po krótkiej chwili facet najnormalniej w świecie zaczął płakać ze wzruszenia, jednocześnie dziękując studentce. 
Ona zapytała mu się, dlaczego to robi, na co ten odpowiedział, że pierwszy raz od niepamiętnych czasów ktokolwiek się do niego odezwał w przyjazny sposób. Nie mogłam uwierzyć, iż interakcja z drugą osobą mogła wywołać w nim takie emocje.


To niesamowite w jak prosty i zwyczajny sposób jesteśmy w stanie pomóc innym. Nie potrzebujemy kilkudziesięciu zer na koncie, by uczynić ten świat przyjaznym miejscem. Myślę, że wciąż wiele z nas skupia się na zbyt odległych kwestiach, wciąż pozostajemy marzycielami biegnącymi w błędnym kole. Owszem, jest to droga, droga całkiem przyjemna, ponieważ zawsze doprowadzi nas dokądś. Jednakże czasami wystarczy rozświetlić czyjąś drogę, by nasza także uległa rozświetleniu i rozbłysła nabierając zupełnie nowego kierunku. 
Sytuacja, którą przedstawiłam, jest całkowicie autentyczna i przyznam się bezceremonialnie, iż zmieniła mój punkt widzenia na wiele spraw. 
Jesteśmy wyłącznie drobnym pyłkiem, który próbuje zrozumieć ten ogromny świat, lecz zamiast tego skupmy się na przyziemnych i drobnych sprawach. Nie możemy zmienić wszystkiego, co nas otacza. Myśl, że potrafimy uczynić coś takiego, byłaby zwyczajnie głupia i beznadziejna. Jednak posiadamy w sobie siłę, by dodać kolorów szarej rzeczywistości, w której wciąż biegamy, nie zwracając uwagi na wiele rzeczy, które aż krzyczą, by je zauważyć. 
Dziś wstanę i zrobię coś, co rozjaśni czyiś dzień. 
Nieście pozytywną energię i także wnoście światło do czyjegoś dnia, być może życia.


/ Kurtka Mohito / Szal Mohito / Rękawiczki zdobyczne po mamie /

niedziela, 15 stycznia 2017

Be for yourself

Hei

Jesteście na pokładzie samolotu, który uległ awarii. Słyszycie przez głośnik instrukcję, a stewardessy proszą o pozostanie na miejscach, spokój i założenie masek tlenowych. Ci wszyscy ludzie nie rozkazują wam wciskać maski na twarz innym pasażerom. Oni dają polecenie, iż w tej jedynej i niebezpiecznej chwili macie skupić się wyłącznie na sobie. Jest to pewien rodzaj samolubności, który potrzebujemy. Często uczestniczycie w sytuacjach, gdzie potrzebujecie ów samolubności. 
To wpływa kojąco na waszą psychikę, ciało, a także przyczyni się do zmiany poglądów, które być może błędnie ciągnęliście za sobą niczym kulę przywiązaną do nogi.
Zróbcie coś dla siebie, pomyślcie w pierwszej kolejności o własnej osobie, o własnych czterech literach, a nie o tym, jak wasze działania wpłyną na wiecznie niezadowoloną społeczność. 
Nie mówię, byście teraz olewali wszystko dookoła, ponieważ umiar należy zachować we wszystkich dziedzinach życia, nawet jeżeli mamy na uwadze zakupy, co często bywa niezależne od nas samych.
Wstańcie jednak z łóżka w towarzystwie myśli, iż ten dzień jest jedynie wasz, że dziś zrobicie to, co odpowiada wam, a nie reszcie świata. 
Po prostu bądźcie. Bądźcie dla siebie.

  






sobota, 7 stycznia 2017

Małe piersi - kompleks czy atut ?

Velkommen

Staje przed lustrem, mierzę wzrokiem swoje ciało i wszystko wydaje się być odpowiednio rozwinięte, aż w końcu zauważam coś, czego nawet nie sposób zauważyć, a raczej należy szukać tego niczym igły w stogu siana. Mianowicie odnajduję swoje piersi, które z piersiami mają wspólnego tyle, co Polska z rynkiem zachodnim. Niesforny kształt, brak symetrii, a na pierwszy rzut oka przychodzi mi do głowy porównanie własnego ciała do deski. 
Odkąd zgubiłam 40 kilogramów, piersi automatycznie wyparowały. Fakt, z początku nie zaprzątałam sobie tym głowy, lecz gdy dorosłam do pewnego etapu w moim życiu, zaczęłam poważnie zastanawiać się nad tym, jak naturalnie i możliwie najszybciej sprawić, by w końcu nabrały one kobiecych kształtów. Po poradę udałam się do wyszukiwarki internetowej, choć w tej kwestii okazała się ona czymś zupełnie nieprzydatnym i wręcz idiotycznym, ponieważ zwykła suplementacja, masaże i spożywanie większej ilości tłuszczu pochodzącego z roślin strączkowych nie pomoże, a wiem to z własnego doświadczenia, gdyż jako zdesperowana nastolatka próbowałam wszelkich metod. Jak można się domyślać, moje piersi są wciąż za małe na rozmiar 70A, rujnują totalnie moje samopoczucie, które jest rujnowane już tak czy owak, przez nadmiar nauki.
Jednakże po kilkugodzinnym przeglądzie piersi znanych nam doskonale z tabloidów celebrytek chyba zaczęło wreszcie docierać do mnie, że to nie piersi są wyznacznikiem kobiecości czy seksualności. 

/ Ariana Grande / Keira Knightley / Kate Moss / Cameron Diaz /

Jeżeli kobieta jest gotowa na podbicie świata, można określić ją niezależną kusicielką, lecz wciąż pełną gracji i elokwencji. Poczucie własnej seksualności siedzi w głowie, więc jeśli czujemy się pewne i nieposkromione, to jesteśmy seksowne, a wygląd zewnętrzny to wyłącznie dopełnienie tak, jak konturowanie w makijażu codziennym.
Czy warto wydawać tysiące w klinikach, by poprawić to, co wydaje nam się za małe ?
Definitywnie nie. Moja rada jest taka, by zaakceptować w końcu rozmiar piersi, a skupić się na ich kształcie. Uwierzcie, że perfekcyjnie dobrany biustonosz w połączeniu ze zjawiskową sukienką potrafi zdziałać więcej niż nie jedna klinika proponująca nam korektę w promocyjnej cenie. Być może jestem feministycznym laikiem, ale twierdzę, iż w nas kobietach drzemie siła, której mężczyźni nie mają przyjemności posiadać. Potrafimy bowiem kusić, uwodzić, lecz w tym wszystkim pozostać wciąż wrażliwymi i niesamowitymi istotami. Siła umysłu jest siłą ciała, dlatego poczucie własnej atrakcyjności rodzi się w głowie. Jeżeli czujecie się milionem dolarów, to właśnie nim jesteście. Wiadomo, że wyglądem chcemy reprezentować jak najwyższą klasę, lecz to, co powierzchowne nie powinno być dla nas jakimkolwiek wyznacznikiem. Same decydujemy o tym, co będzie dla nas wizytówką, która musi być całkowicie spersonalizowaną i osobistą rzeczą.
Drogie panie, morał z tego taki, iż piersi wystarczy podkreślić, a nie poprawić, co jest ogromną różnicą. Chciałam dzisiaj przekazać wam wszystkim, że czasem wystarczy podwyższyć własną samoocenę i poczuć się gwiazdą amerykańskiego kina, by stać się najbardziej atrakcyjną wersją siebie, a co za tym idzie - zapomnieć o kompleksie małych piersi. 
One nie są kompleksem, zapamiętajcie to sobie. To jedynie atut, który wystarczy odpowiednio podkręcić, a także przede wszystkim dobrze o niego zadbać.

 / Koszula Mohito / Kurtka Zara / Spodnie Mohito / Zegarek Bershka / Buty Bershka /


środa, 4 stycznia 2017

Nowy rok, nowa ja - czyli opowieść o (ex) anorektyczce.

"Hey angel, do you know the reasons why we look up to the sky?"

Spoglądam kątem oka na kalendarz, który śmieje się ze mnie prosto w twarz z powodu tego, jak zmarnowałam rok, który odszedł w zapomnienie. Jednakże skupiając się głębiej nad minionym rokiem, wcale nie będę w stanie zapomnieć o nim tak szybko i bezboleśnie jak może się wydawać.
Zacznijmy od początku, czyli dnia, w którym nie miałam pojęcia, że w bliskiej przyszłości zanurzę się w tak głębokiej wodzie.
Miałam dokładnie dwanaście lat i równe dwadzieścia kilogramów nadwagi, dzięki którym stawałam jedną nogą w grobie. Otyłość była częścią mnie, już odkąd pamiętam, ponieważ nawet jako noworodek zostałam ukazywana pracownikom poznańskiego szpitala i opisywana jako "największe dziecko w historii porodówki". Jednak wracając do wydarzeń dwunastoletniego słonika Przeprowadziłam się do miejsca, które było mi zupełnie obce, gdyż zostałam przymusowo umieszczona w przysłowiowym blokowisku, które moja babcia określa, jako klatki w betonie. Zmiana miejsca zamieszkania niesie za sobą dużo konsekwencji, których jedną z nich jest zawarcie nowych znajomości. Poznałam tam przeróżne osoby. Niektóre z nich opisałabym jako młodzież podziurawioną emocjonalnie, innych jako zdemoralizowane osoby usiłujące wtopić się w tę gorszą część społeczności. Reszta zwyczajnie zniszczyła moje życie, jednocześnie popychając je w zupełnie inny, nieznany mi dotąd kierunek. Mianowicie, zostałam kimś w rodzaju kozła ofiarnego, na którego rzucanie wyzwisk stało się zadaniem konkursowym pod tytułem "kto kreatywniej, kto więcej, kto efektywniej". Mogłabym pogratulować tamtym przedstawicielom płci brzydszej, ponieważ rzeczywiście popchnęli mnie na drogę, w której kilometry były tak naprawdę kaloriami, a każdy komentarz stawał się dodatkowym napędem do wyznaczonego celu, którym były zwykłe cyferki będące dla mnie definicją piękna. Jako początkująca dziewczyna na diecie nie wiedziałam, jak naprawdę ma wyglądać mój jadłospis, dlatego ucięłam zwyczajnie ponad połowę tego, co jadłam dotychczasowo, więc z ponad trzech tysięcy kalorii zostało mi półtora tysiąca i było to wtedy najcięższe wyzwanie, które przede mną postawiono. Mimo wszystko dostosowałam się do zdrowszego trybu życia i ciągle popełniając drobne grzeszki żywieniowe, starałam się, by zmienić się w postać przypominającą dziewczynę. Efekty przychodziły, wolno, lecz były zauważalne, kiedy stawałam przed moją wyrocznią zwaną wagą z lat rzeczpospolitej ludowej. Nadchodził koniec wakacji, a ja lżejsza o pięć kilogramów zdecydowałam się dumnie wyjść na plac przed blokiem, by poszczycić się nową figurą. Tak szybko, jak wyszłam z domu, równie szybko do niego wróciłam z tym że zamiast uśmiechu wynikającego z dumy pojawiły się krople łez i potoczna podkowa na twarzy,
Tak mijały dni  co dzień było mnie mniej tak samo, jak kalorii w mojej diecie. Codziennie spożywałam ich coraz mniej, bo cel, który sobie postawiłam, usiłowałam osiągnąć jak najszybciej.
Znajomi rodziców, rodzina, wszyscy zaczęli widzieć przemianę, którą zaliczyłam na przełomie kilku miesięcy. Niestety nie zauważali jej "znajomi" z osiedla, które zamieszkiwałam.
Dlatego wciąż drastyczniej zmierzałam do coraz niższej masy ciała. Najpierw dziesięć, dwadzieścia kilogramów mniej, a jakie zaskoczenie malowało mi się na twarzy, kiedy stałam się lżejsza o prawie czterdzieści kilogramów. Tylko że moje nastawienie do diety nie było takie, jak na jej początku. Jedzenie nie było już czymś, czego pragnęłam, a głód stał się uczuciem, które mnie satysfakcjonowało i sprawiało, iż staje się istotą znacznie lepszą od rasy ludzkiej. Pytaniem doskonałym byłoby "kim stawałam się, kiedy chudłam ?". Gdy znajomi widzieli mnie na weselu, zastanawiali się czy aby naprawdę jestem osobą, którą widzieli ponad rok temu, ponieważ zupełnie nie przypominałam szczęśliwej kluseczki. Przed ich oczami stanęła dziewczyna z workami pod oczami, zwiotczałym ciałem, przez które przebijały moje upragnione kości i brakiem uśmiechu na twarzy. Mimo wszystko uśmiechałam się wewnętrznie, bo nazwali mnie kościotrupem, a chyba o to mi chodziło, prawda ? Od czasu wesela minęło pół roku, ja stałam się rocznikiem czternastolatką, a waga znów spadła. Straciłam nawet miesiączkę zresztą rozum także. Ja wiedziałam, że to, co robię, prowadzi tylko do jednego miejsca, w którym wylądujemy wszyscy, ale nie dopuszczałam do siebie wiadomości, że to jest bliżej, niż mi się wydaje. Straciłam kontrolę nad chudnięciem, straciłam kontrolę nad swoim umysłem, ciałem, a także życiem. Teraz kierowała mną choroba zwana anoreksją, a nie Natalia, dziewczyna, którą byłam. Do gry wkroczyli rodzice, którzy próbowali w każdy możliwy sposób zmusić mnie do jedzenia, którego wciąż próbowałam uniknąć. Bałam się go niczym ognia, lecz mimo wszystko kochałam ten strach przed posiłkiem, bo unikając go, czułam, że mam nad wszystkim kontrolę. Kontrolowałam wszystko, kiedy aplikacja przeznaczona do liczenia kalorii nie przekraczała magicznego tysiąca - mojej własnej bariery. Osoba chora na zaburzenia odżywiania nie widzi siebie, ona w odbiciu widzi kogoś dwa razy większego. Zamiast wystających kości zauważa wyłącznie tłuszcz którego, choć nie ma, to w świecie anorektyczki jest go wciąż za wiele. Niegdyś nie pomyślałabym, że będę należeć do grupy społecznej nazywanej motylkami. Mimo to, od zawsze było to w pewien sposób moim marzeniem, które odrzuciłam gdzieś w otchłań przez brak wiary w moją przemianę. Dziś uważam, że był to błąd, którego konsekwencje wciąż są dla mnie kulą u nogi, lecz w głębi duszy sądzę, że doświadczenia uczyniły mnie lepszą osobą, która zupełnie inaczej postrzega wszelkie aspekty.
Zmierzałam po drodze zwanej dietą i zamiast wyjść z niej niezauważalnie skręciłam na wyboiste drogi prowadzące do klatki tak bardzo ograniczającej mnie. Kiedyś pewnie pomyślałabym, że anoreksja daje mi możliwości, dzięki którym wszystko staje się możliwe, a moje najskrytsze marzenia mogą się spełnić, ponieważ będąc chudą osobą, mogłam z piersią wypchniętą do przodu przemierzać ulice i z pogardą obserwować dziewczyny zazdroszczące mi sylwetki. Błagam, nie wierzcie, że chudość jest uosobieniem perfekcji.
Między dietą a anoreksją biegnie cienka, niemalże niezauważalna granica, której przekroczenia nawet nie odczułam. Zamiast zapachu, estetycznego wyglądu posiłku widziałam jedynie kalorie i dodatkowe cyferki na wadze. To nie jest życie, to piekło zesłane na ziemię.
Prawdopodobnie bez wsparcia najbliższych i przyjaciół leżałabym właśnie na oddziale intensywnej terapii lub zwyczajnie w trumnie, gdzie robaki powoli zjadałyby moje ciało, którego zostało tak niewiele. Jednak ich nachalne próby uczynienia mnie innym człowiekiem odblokowały we mnie malutką część dawnej Natalii, którą uśpiłam gdzieś w sobie. 
To właśnie dało mi motywacje do walki z chorobą - wyciągnięcie z głębi duszy starej, tryskającej energią mnie.
Z dnia na dzień mój stan poprawiał się, nastawienie ulegało zmianie, lecz waga wciąż była o wiele za niska.
Przyjaciółki widziały to, jak wyglądam. Zresztą cały świat to zauważał, a sąsiedzi mówili tylko o gnijącej dziewczynce.
Teraz ważę kilka kilogramów więcej, wciąż za mało, ale więcej, co przy wychodzeniu z anoreksji jest cudem z nieba. Leczę się w warunkach domowych, sama sobie jestem terapeutką, którą czasem wspomagają najukochańsze przyjaciółki i rodzice. Chwile załamania pojawiają się do dziś, ponieważ nigdy nie wyrzucę z siebie czegoś, czego nie chciałam się nawet pozbyć. Kiedy uśpię w sobie Anę, będę w końcu wolna i dopiero zacznę smakować życia na nowo.
Z nową, zdrową figurą i wielkim bananem na twarzy pokażę wszystkim, że to jest możliwe, a wystarczy zacząć jedynie od poszukania w sobie malutkiego celu będącego dla nas punktem odniesienia.
Kochane dziewczyny, bo głównie wy jesteście podatne na zło tej choroby, nigdy nie chwytajcie ręki, którą wyciąga do was anoreksja.
Niech moje przeżycia staną się dla was przestrogą, ale i motywacją, jeżeli znajdujecie się w podobnej sytuacji do mojej.
Ona nie jest przyjaciółką, a czarną masą, która z czasem zacznie żywić się waszą duszą pozbawioną kolorów. Będzie czekać na to, aż wtopicie się w tłum, jak delikatny podmuch wiatru, którego nikt nie zauważy, bo właśnie ów wiatr zaczniecie przypominać.
Dieta to stąpanie po cienkim lodzie, pod którym chowają się metry lodowatej wody.
Nie wpadajcie do niej, możecie zatonąć i dać zapomnieć o sobie społeczności na wieki wieków.

Chciałabym podziękować wszystkim, którzy wierzyli w to, że mogę po prostu cudownie żyć. Dziękuję z całego serca rodzicom i Wam, moim najlepszym przyjaciółkom, ponieważ wiem, że to przeczytacie w niedalekiej przyszłości.

Pisała do was dziewczyna, która prawie dała się zniszczyć Anie. Wasza (ex) anorektyczka.


poniedziałek, 14 marca 2016

"Ostatnia Spowiedź" - Nina Reichter recenzja ♥

Tytuł: "Ostatnia Spowiedź" Tom I

Autor: Nina Reichter

Wydawnictwo: Novae Res

Ilość stron: 384

Ocena: 6/10

Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, jak ciężkie jest życie jednego z najbardziej pożądanych mężczyzn na świecie ?
"Ostatnia Spowiedź" to powieść młodzieżowa, która opowiada o tym, jak los skrzyżował ze sobą drogi Bradina i Allison.

"Nasz jeden dzień będzie trwał zawsze, dopóki ono bije dla ciebie..."


Bradin Rothfeld jest dziewiętnastoletnim rockmenem, który wraz ze swoim zespołem Bitter Grace narobili wokół siebie szumu w mediach. Każda Europejka wzdycha do jego nieco dziewczęcej urody. Nie mieści się w głowie, że ktoś mógłby nie wiedzieć o istnieniu słynnej kapeli, która z dnia na dzień osiąga coraz więcej sukcesów. Jednak pozory mylą. Allison Hanningan to rozpoczynająca swoje studia we Francji Amerykanka z zamiłowaniem do fotografowania. Pewnego dnia los postanowił skrzyżować im swoje drogi. W wyniku opóźnienia samolotu przez przypadek spotykają się na lotnisku i spędzają tam kilka miłych godzin w swoim towarzystwie. W tym wszystkim najdziwniejsze jest to, iż Ally nie rozpoznaje wokalisty Biiter Grace.

"Pytasz, dlaczego płaczę? Nie pytaj. Popatrz w moje oczy. A jeśli zobaczysz tam siebie, po prostu odejdź."

Historia naprawdę mnie wciągnęła. Fabuła jest ciekawa, a styl pisania autorki przemówił do mnie. Może nie jest to wielce ambitna i poruszająca powieść, gdyż miejscami przypomina ona telenowele, a jak można się spodziewać, nie są one za bardzo pouczające. Autorka chciała tu pokazać wielką miłość Bradina do Ally, ale niestety muszę powiedzieć, iż nie wyszło jej to za dobrze. Denerwowało mnie, że chłopak potrafił w środku nocy zerwać się i pojechać do Allison, choć ona starała się go trzymać na dystans. Może to byłoby ciekawe i piękne, gdyby wydarzyło się tylko raz, a nie tryliard razy. Żeby nie mówić tu tylko o wadach, to opowiem i o zaletach. Występowali tu naprawdę świetni bohaterowie. Nie mówię tutaj o Bradinie i Ally, bo oni byli totalną porażką, ale o tych drugoplanowych. Tom, brat szaleńczo zakochanego chłopaka to niezwykle męski i mądry bohater. Uważam, że był jednym z lepszych w tej książce. Dzięki niemu pojawiły się genialne wątki, kiedy kłócił się z ukochaną swego młodszego brata. Świetnie wykreowaną postacią była także najlepsza przyjaciółka Ally, Lille. Dzięki Bogu, że Nina Reichter postanowiła stworzyć tę dziewczynę. Lille jako jedyna potrafiła sprowadzić naszą irytującą bohaterkę na ziemie i dać jej niezwykłego kopa w tyłek. 

"Znasz to uczucie, kiedy chcesz zachłysnąć się szczęściem, ale boisz się, chociażby poruszyć, bo wiesz, jak jest kruche? Tak właśnie się czuła."

Najbardziej zaskoczyła mnie końcówka, której nie mogę wam zdradzić, ponieważ byłby to spoiler. 
"Ostatnia Spowiedź" jest młodzieżówką, więc wątpię, aby spodobałaby się ona starszym odbiorcom. 
Nie jestem zachwycona tą pozycją, nie złamała mojego serca na milion kawałków, nawet nie było tutaj wielkiego efektu wow. 
Jednak jest coś, co przekonuje mnie, aby sięgnąć po następne tomy i zrobię to, chociażby, aby zobaczyć, jak dalej układa się związek dwojga niezwykle działających mi na nerwy postaci.

A wy jakie macie zdanie na temat książek Niny Reichter ?




niedziela, 25 października 2015

Book Haul #1 ♥

W ostatnim czasie przybyło do mnie parę nowych pozycji, dlatego w tym poście postaram, pokazać się wam moje nowe książki.
 
1. J.K. Rowling - "Harry Potter i Kamień Filozoficzny"
Prawdopodobnie większość z was zacznie się śmiać, ale nie czytałam przygód czarodzieja. Prawie każdy książkoholik przeczytał Harry'ego Pottera, ponieważ jest to klasyk taki jak "Mały Książę" czy "Anka z Zielonego Wzgórza". Mnie natomiast nigdy nie ciągnęło do twórczości J.K. Rowling. Wiadomo czasami obejrzałam film gdzieś przelotnie w telewizji, jednak nie wciągnęło mnie to jakoś bardziej. Uważałam to za dziecinny film o idiotycznych dzieciakach uczących się w jakiejś starej szkole.
Kiedy we wakacje obejrzałam jednak, Komnatę Tajemnic na TVN coś się we mnie przełamało i powiedziałam sobie, że kiedyś to przeczytam. 
W ten oto sposób wczoraj zakupiłam sobie pierwszy z siedmiu tomów Harry'ego Pottera. Szczerze powiedziawszy, nie mogę się doczekać, aż zacznę czytać tę pozycję.
2. Nina Reichter - "Ostatnia Spowiedź Tom I"
O Ostatniej Spowiedzi nie dało się nie słyszeć. Było o niej głośno na książkowych blogach czy booktubie. Zawsze chciałam po nią sięgnąć, jednak pojawiały się setki innych książek, które pilnie chciałam przeczytać. Odkładałam jej kupno jakieś pół roku, aż wreszcie wczoraj postanowiłam ją kupić. 
Sądzę, że miło spędzę czas z tą lekturą.
3. Nele Neuhaus - "Ostatnie Lato w Nebrasce"
Prawdopodobnie nigdy nie zakupiłabym tej książki. Nawet o niej nie słyszałam. Kiedy jednak do drzwi zapukał kurier z paczką od wydawnictwa i ujrzałam "Ostatnie Lato w Nebrasce" bardzo się zdziwiłam. Zaczęłam sprawdzać recenzje na Lubimyczytać i ucieszyłam się, iż wydawnictwo przesłało mi tą pozycję. 
4. Cassandra Clare - "Dary Anioła: Miasto Szkła"
Jestem w połowie czytania trzeciej z sześciu tomów Darów Anioła i powiem, że bardzo mi się podoba. Jak zwykle jestem pod wrażeniem humoru i dokładności Cassandry Clare. Ubóstwiam styl pisania tej autorki, jest taki, że nie wyobrażam sobie życia bez czytania jej książek. Jak na chwilę obecną bardzo mi się podoba. Recenzja oczywiście będzie na moim blogu.
5. Carina Bartsch - "Zima Koloru Turkusu"
Książkę przesłało mi wydawnictwo, za co jestem ogromnie wdzięczna. "Zima Koloru Turkusu" to niesamowite zakończenie cyklu, opowiadającego o nieco innej miłości dwojga nieszczęśliwie zakochanych kiedyś w sobie młodych ludzi. Dodam tylko tyle, że recenzję możecie przeczytać na moim blogu.
6. Nicholas Sparks - "Na zakręcie"
To moje pierwsze spotkanie z twórczością tego autora. Przeczytałam około 30 stron i jak na razie nie ma szału. Historia jakoś nie przepowiada do mnie, jest taka chłodna. Oczywiście nie doszłam jeszcze do wątku miłosnego, więc nie będę krytykować. Mam nadzieję, że po jakimś czasie rozkręci się tak jak "Papierowe Miasta" Johna Greena.

To wszystko, co przybyło do mnie w ostatnim czasie :) Mam nadzieję, że uda mi się je przeczytać do końca listopada.
Ostatnio zaniedbałam trochę czytanie, z czego wynika moja nieobecność na blogu. Teraz jednak na nowo zaczęłam czytać, dlatego posty na blogu będą pojawiały się co jakiś czas, bez dłuższych przerw :)

18 tysięcy wyświetleń - dziękuję ♥


  


czwartek, 22 października 2015

Zima Koloru Turkusu - Carina Bartsch recenzja ♥

Tytuł : "Zima Koloru Turkusu"
Autor : Carina Bartsch
Wydawnictwo : Media Rodzina
Strony : 454
Ocena : 9,5 / 10

 Są takie książki, o których się po prostu nie zapomina. Są takie historie, do których warto wracać.
Taką książką jest kontynuacja "Lata Koloru Wiśni" czyli " Zima Koloru Turkusu".

"To więcej niż być zakochanym. To coś głębszego, jakbyś była elementem, którego od
dawna mi brakowało. Kiedy nie jestem blisko ciebie, czuję pustkę i tylko ty możesz ją wypełnić."




Jak mogliście zobaczyć w recenzji pierwszego tomu ,historia bardzo przypadła mi do gustu. Zdecydowanie wyróżnia się na rynku wydawniczym,jest inna od typowych opowieści o dramatycznej miłości.
Emely nienawidziła Elyasa odkąd niesamowicie ją skrzywdził. Złamał jej serce, a przecież jest to najgorszy z możliwych bóli.
Chłopak pokazał się Emely z innej strony, swojej dobrej strony. Dziewczyna trwała jednak w przekonaniu, że Elyas to zwykły dupek chcący zaciągnąć ją do łóżka.
Wszystko uległo zmianie w tym tomie. Ona zrozumiała, iż Elyas nie jest takim dupkiem, za którego go uważała. Zaczęła się do niego przekonywać, każdego dnia po trochu.
Gdy jednak cała znajomość z chłopakiem o turkusowych oczach stanęła w miejscu dziewczyna dostała szału. Co się stało, przecież chłopak nie widział świata poza Emely.
Brak odezwy ze strony Elyasa dał się jej we znaki.
Zrozumiała, że między nienawiścią a miłością biegnie cienka granica. W ten oto sposób autorka zrobiła Drama Time. Przyznam,że bardzo udane Drama Time.

"Zacząłem zadawać sobie pytanie, czy rzeczywiście wszystko zaczęło się od nowa, czy może nigdy się nie skończyło."

 Pierwszy tom przepełniony był złośliwymi docinkami ze strony Emely, sarkazmem i nieudanymi próbami podejścia dziewczyny. "Zima Koloru Turkusu" jest zupełnie inna,totalne przeciwieństwo. Wszystko jest takie inne, a w szczególności główna bohaterka. 
W pierwszej części udawała niedostępną, pyskatą studentkę. Teraz jakby coś się w niej zmieniło,jakby coś w niej pękło. 
Stała się rozważną i mądrą kobietą gotową, aby stawić czoło uczuciom Elyasa. 
Szczerze powiedziawszy o wiele bardziej polubiłam tą nową Emely.
Chłopak także się zmienił. Na początku był z lekka bezczelny i bezpośredni. Mimo że nadal jest bezpośredni, to autorka pokazała nam go z innej strony. Stał się chłopakiem gotowym zaangażować się w związek. Związek z Emely.
Wiecie, co pokochałam w tym cyklu ? 
To,że bohaterowie są tacy prawdziwi. Nikogo nie udają. 
Mogłabym porozmawiać z nimi przelotnie na ulicy,kawiarni czy uczelni.
To właśnie pokochałam.
Autorka nie starała się wykreować idealnych postaci. Stworzyła cudowne osoby, które są takie jak my.

"-Emely, tylko nie wymiotuj w mustangu, dobrze?- Nie martw się, połknę."

W tej powieści cudowne jest wszystko począwszy od klimatu a skończywszy na tytule. Ta idealna nie idealność jest piękna i jedyna w swoim rodzaju. 
To jedna z niewielu powieści, w których po skończeniu płakałam jak głupia.
Polecam tą serię wszystkim z całego serca. Jestem prawie pewna, iż nie będzie osoby, która skrytykuje historię stworzoną przez Carinę Bartsch.

Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję wydawnictwu